Jak już powyżej napisałem na Rynku Wielkim byliśmy krótko i informacyjnie.
Jak się okazało nie do wszystkich na czas dotarła informacja o odwołaniu "części zamojskiej" imprezy, ale dzięki temu niektórzy mogli spotkać znajomych:
Po przybyciu do gościnnego Kawęczynka:
zakwaterowaniu się w hotelu, rozbiciu namiotów, przywitaniu znajomych - ze szczególnym uwzględnieniem czułych powitań z płcią piękną:
rozejrzeniu się po okolicy cała nasza ekipa i nasi goście zasiedli za stołem:
Nad całością czuwał nasz Zarząd, który zainicjował zabawę wzniosłym przemówieniem:
Po otarciu łez wzruszenia, co nie trwało dłużej niż ułamek sekundy, zaczęliśmy ucztowanie. Jadło i napitki zdecydowanie lepiej nam smakowały dzięki koncertom Łysejki Juniora:
i zespołu "Shoemakers":
Nogi same rwały się do tańca, choć większości z nas muzyka prawie w ogóle w tańcu nie przeszkadzała z racji tego - jak wyraził się Cino - że jako ludzie, a nie zwierzęta, wody na tej imprezie nie piliśmy.
By dać wytchnienie układowi trawiennemu, a przede wszystkim naszym strudzonym wątrobom Ćwirek z Kapslem ogłosili konkursy. Nikt nie za bardzo wiedział o co w nich chodziło, ale mimo to uczestnicy garnęli się tłumnie:
Najpierw jazda trójkami na nartach - wbrew pozorom w tym przypadku ilość narciarzy nie przekłada się na szybkość "jazdy":
Potem chodzenie po linie - na trzeźwo zadanie niewykonalne, ale po unieruchomieniu błędnika wiadomymi substancjami okazało się, że na niektórych siły grawitacji jakby nie oddziaływują. Zawodnicy wykonywali tak szybkie ruchy i tak szybko spadali, że ostrych zdjęć niestety nie udało się zrobić.
By impreza była udana trzeba było coś przerżnąć:
Największe emocje wzbudził, z wiadomych powodów, ostatni konkurs - picie piwa na czas w zespołach trzyosobowych, jednopłciowych:
Zwycięzcy otrzymali cenne nagrody:
i nie od razu wiedzieli do czego służą i jak działają:
Po powrocie do stołu ucztowaniu i tańcom nie było końca. Do biesiady na kilka godzin przyłączyli się sportowcy, w tym ze Słowacji i Ukrainy. Pomimo, że byli to siatkarze to raczej z tempa w jakim tracili kontakt z otoczeniem można by sądzić, że są to sprinterzy. Zanim zniknęli w otchłani autokarów wykonali "Biełyje rozy" i tyle ich widziano.
Poranek dnia następnego, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, był dość trudny:
"Tupot białych mew" zagłuszaliśmy jazdą po bezdrożach na M-72 Zgrywusa:
Niektórzy mieli zaburzenia orientacji przestrzennej i prędkości pojazdu, zwłaszcza na postoju:
Bezcennymi dla poprawienia nastroju były przebieranki Zagłoby, który usiłował połączyć wizerunek łącznika Oberkommando der Wehrmacht i hiszpańskiego macho z gitarrrrą:
O ile Zagłoba był w sumie dość przekonujący, to Hauptsturmfuhrer Dylo ze swym iście germańskim obliczem nie potrzebował by do identyfikacji niemieckiego paszportu:
Po upewnieniu się, że właściciele nie zamierzają wnieść sprawy do sądu z roszczeniami odszkodowawczymi za straty materialne i moralne:
gdzieś tak około południa, pełni wrażeń i miłych wspomnień, rozpoczęliśmy powroty do domów od dmuchania w alkomaty:
Trzeba było czekać ...
Ponowne próby podejmowane po pewnym czasie dały zbliżone wyniki.
Trzeba było czekać ...
Kiedy wreszcie dotarliśmy do domów podjęliśmy postanowienie, że zrobimy wszystko by za rok było co najmniej tak wesoło jak w ten majowy, deszczowo-burzowy, ale jakże udany weekend.