To ja wrzucę relację... Jak zmontuję filmik, to tez dodam.
Wstałem po 9. Rzut oka za okno – będzie ładny dzień. Poranna toaleta, mycie zębów i pierwszy SMS (od Skwary): „Tak miało być fajnie, a pada coraz bardziej”. Chwilę później widzę i ja pierwsze krople deszczu… SMS od Pianki – nie jedzie. Telefon od Bartka, że w Przemyślu pada – u mnie też już pada, i to mocno. Dzwoni Jano, że z bratem stoją na przystanku w Dybawce, bo pada. Irek na forum dodaje otuchy, że przejdzie, że w Bieszczadach jest pogodnie, przekładamy godzinę wyjazdu na 12. Ekipa z Lubaczowa już jest w drodze. Już ok. 10.30 są w Przemyślu i donoszą, że padać przestaje. Krótko po 11 jestem i ja na miejscu. Trochę siąpi, ale jest coraz lepiej. W dodatku dzwoni Wielki Brat i donosi, że jest z Sabixem w Ustrzykach Dolnych i tam przechodzi mżawka. Dzwoni jeszcze Matka Joanna od Dobrych Snów. Chętnie by z nami pojechała, ale nie mamy dla niej wolnego siodełka. Jest Zbyszek i Grzegorz, ale trasa będzie trudna, dla nich całkiem nowa, warunki ciężkie – lepiej żeby nie brali plecaczka. Krótko po 12 wyjeżdżamy: Dzinio z Basią, Grzegorz, ja z Edycją, w ostatniej chwili wpada Irek i Bartek z Ulą. Po drodze dogoni nas Daniel… Jest ślisko i mokro, ale decyzja okazuje się być trafną. Już przed Krasiczynem można dojrzeć prześwitujące z za chmur niebo, a w Kuźminie słońce i miejscami suchy asfalt. Kiedy zjeżdżamy na parking, widzimy sunące z przeciwka dwa gold wingi (zapewne Wielki Brat i Sabix). Ponieważ nie jechał z nami nikt z Tomaszowa i Zamościa, mimo godzinnego opóźnienia, postanawiamy zrealizować cały plan, bez żadnych skrótów. Tak więc piękna traska do Krościenka i Ustrzyk, dalej do Czarnej, Bukowca, do Cisnej, potem Lesko i do domu. Nie jedziemy szybko bo to nie czas i pogoda na zamykanie opon, a poza tym szkoda tych widoków. Po drodze podziwiamy wszystkie barwy jesieni, a każdy zakręt przynosi zarówno nowe krajobrazy, jak i niespodzianki na drodze – mokry lub suchy asfalt, spadające niczym płatki śniegu liście, piasek na drodze. Zatrzymujemy się tu i tam, robimy zdjęcia, wymieniamy się wrażeniami. Sporo cennego czasu tracimy w Cisnej. Chcieliśmy coś przekąsić w Siekierezadzie, a tam – zonk. Parking pełny. Samochody, motocykle na gorlickich blachach, nie ma gdzie stanąć. Za nami dojeżdżają jeszcze jakieś maszyny z Przemyśla. Szybki telefon do Janusza, który poleca nam bacówkę pod czymś tam. Zawijamy stamtąd. Ktos mnie jeszcze pozdrawia, ale nie widzę już kto. Mylimy drogę, w końcu jakoś znajdujemy rzeczoną bacówkę. I tu nie wiem, za co Janusz tak się na nas mści – do bacówki jest stromy bardzo kamienisty podjazd ok 50 metrów po kamieniach wielkości pięści. Motocyklem rzuca na wszystkie strony, a jeśli ktoś się zatrzyma, nie może ruszyć z miejsca. Uff, jakoś docieramy wszyscy na miejsce. Wtedy dzwoni Paweł. Jedzie z Qtinem w naszą stronę, spotkamy się na trasie. W bacówce schodzi nam z godzinę, bo jednak żeby przygotować żarełko dla naszego stada, to trzeba trochę czasu. W końcu zjeżdżamy z tej góry, robimy parę fotek cudownych krajobrazów i w drogę. Jest sucho, a zakręty pod Cisną jak marzenie. Mimo wszystko nie dajemy się ponieść. Spokojnie, bez pospiechu docieramy do Leska. Tam tankowanie, spotkanie z Pawłem i z Qtinem i w 9 motocykli wracamy do domu. Serpentyny między Wujskiem a Tyrawą Wołoską szykują nam niespodziankę – na pierwszych zakrętach wysypany jest świeżutki piasek (na całej szerokości drogi). Urwał bym głowę razem z płucami temu, kto to zrobił… Zatrzymujemy się jeszcze na punkcie widokowym na krótką „sesję zdjęciową”. Tu znowu spotykamy Janusza i jego brata. Podziwiamy skłaniające się ku zachodowi słońce, aż nagle okazuje się, że nasz „nadworny fotograf” Irek zniknął. Minął zjazd na parking i w przeświadczeniu, że został z tyłu, pognał do przodu (choć na tym odcinku drogi to właśnie ja jechałem ostatni, więc na pewno nie został). Za Irkiem pogonił Bartek, żeby go powstrzymać, ale musiał odpuścić. Przygarnęliśmy Ulę i w drogę. Końcowy odcinek naszej podróży to parking pod klubem Alcatraz. Tam już czekał na nasz „wyszczerzony” Irek. Już było ciemno, ale zadowoleni z tak fajnie spędzonego dnia wymienialiśmy jeszcze ostatnie wrażenia i spostrzeżenia. Najwięcej frajdy to chyba miał Grzegorz, który pochodzi z Warszawy, a w naszych stronach był po raz pierwszy. Tysiąc i jeden zakrętów w jeden dzień, to musi być przeżycie
