Bieszczady 3-4.07.2010
: poniedziałek, 5 lipca 2010, 17:56
Historia zaczeła się zbiórką na parkingu przy Orlenie w Tomaszowie o 10.00. Czekamy ...
Po dojechaniu ekipy z Prezesem na czele jedziemy po Cykusia a tam okazuje się, że mamy pierwszą usterkę.
Szybka naprawa i przeskok do Przeworska na śniadanko.
Ustalamy na mapie jak jedziemy dalej ...
i w rezultacie przez Rzeszów, docieramy do Lutczy.
Chwila odpoczynku - tylko bez politycznych kontekstów:
to nie jest ten samolot co myślicie
Potem tankowanie w Miejscu Piastowym i docieramy przez Duklę do Chyrowej.
Rozładunek bagaży i już jestesmy w Iwoniczu Zdroju,
gdzie czeka na na małżonka Prezesa we własnej osobie.
W tak zacnym gronie spożywamy obiadek i odpoczywamy oglądając
widoczki natury ożywionej i nieożywionej
Robimy zakupy na kolację, pakujemy graty i ruszamy z powrotem do Chyrowej.
Przygotowujemy ognisko a Łukasz z Danielem otrzymują zadanie
wykonania nam fotki ze szczytu najbliższej góry.
Myśleliśmy, że potraktują to jako żart, tymczasem ... W trakcie wykonywania zadania natykają się na samotną bacówkę ... Powrót też nie był łatwy, o czym śwadczył dobitnie stan lewego kufra
maszyny Łukasza - na szczęście w przepastnych kufrach mojego kredensa
był też komplet narzędzi i spawarka
Kolacja była długa i wesoła ...
Zapadał zmierzch ...
później noc, a nocnym polaków rozmowom nie było końca.
Około trzeciej nad ranem odpoczął nawet Prezes.
Obudził nas piękny, chłodny poranek. Zupka z torebki, pakowanie maszyn ... i ruszamy w stronę Komańczy i Cisnej. Nie wszyscy wyglądają na uszczęśliwionych pięknym porankiem -
naukowa nazwa tego zjawiska to chyba "Zespół Dnia Następnego". Ale jedziemy ... Spotykamy bieszczadzką ciuchcię ... W Komańczy nie znajdujemy nic do jedzenia i musimy z pustymi żołądkami
dojechać do Cisnej. Tam śniadanko ... No i zaczyna padać. Nasz misterny plan musi ulec zmianie.
Prezes z małżonką wracją do Iwonicza a my tankujemy,
Cykuś usuwa w locie awarię sprzęgła, większość kupuje jakieś
przypadkowe stroje przeciwdeszczowe i ruszamy w drogę powrotną. Trasa wiedzie przez Solinę, Ustrzyki Dolne do Krościenka,
gdzie zmieniamy mokre ubrania na suche, oczywiście ci co je mają.
Potem do Krasiczyna. Tam odpoczywamy i nabieramy sił. Pensjonat o nazwie nomen omen "Kora" Wreszcie obsłużeni przez nieprzytomnego kelnera, najedzeni i ogrzani
ruszamy na ostatni odcinek drogi. Jeszcze tylko postój w Cieszanowie na papierosa i w Bełżcu się żegany.
Zmoknięci, zmęczeni ale bardzo szczęśliwi.
Szczególne słowa uznani dla Kory za wytwałość i Ćwirka za wodoodporność
.
Mottem, które dodawało nam sił było stare, filozoficzne zawołanie z pewnej bajki: "No to co robimy Panie Kapitanie
Nap ...my
"
Chwila odpoczynku - tylko bez politycznych kontekstów:
to nie jest ten samolot co myślicie
Rozładunek bagaży i już jestesmy w Iwoniczu Zdroju,
gdzie czeka na na małżonka Prezesa we własnej osobie.
W tak zacnym gronie spożywamy obiadek i odpoczywamy oglądając
widoczki natury ożywionej i nieożywionej
wykonania nam fotki ze szczytu najbliższej góry.
Myśleliśmy, że potraktują to jako żart, tymczasem ... W trakcie wykonywania zadania natykają się na samotną bacówkę ... Powrót też nie był łatwy, o czym śwadczył dobitnie stan lewego kufra
maszyny Łukasza - na szczęście w przepastnych kufrach mojego kredensa
był też komplet narzędzi i spawarka
Około trzeciej nad ranem odpoczął nawet Prezes.
Obudził nas piękny, chłodny poranek. Zupka z torebki, pakowanie maszyn ... i ruszamy w stronę Komańczy i Cisnej. Nie wszyscy wyglądają na uszczęśliwionych pięknym porankiem -
naukowa nazwa tego zjawiska to chyba "Zespół Dnia Następnego". Ale jedziemy ... Spotykamy bieszczadzką ciuchcię ... W Komańczy nie znajdujemy nic do jedzenia i musimy z pustymi żołądkami
dojechać do Cisnej. Tam śniadanko ... No i zaczyna padać. Nasz misterny plan musi ulec zmianie.
Prezes z małżonką wracją do Iwonicza a my tankujemy,
Cykuś usuwa w locie awarię sprzęgła, większość kupuje jakieś
przypadkowe stroje przeciwdeszczowe i ruszamy w drogę powrotną. Trasa wiedzie przez Solinę, Ustrzyki Dolne do Krościenka,
gdzie zmieniamy mokre ubrania na suche, oczywiście ci co je mają.
Potem do Krasiczyna. Tam odpoczywamy i nabieramy sił. Pensjonat o nazwie nomen omen "Kora" Wreszcie obsłużeni przez nieprzytomnego kelnera, najedzeni i ogrzani
ruszamy na ostatni odcinek drogi. Jeszcze tylko postój w Cieszanowie na papierosa i w Bełżcu się żegany.
Zmoknięci, zmęczeni ale bardzo szczęśliwi.
Szczególne słowa uznani dla Kory za wytwałość i Ćwirka za wodoodporność
Mottem, które dodawało nam sił było stare, filozoficzne zawołanie z pewnej bajki: "No to co robimy Panie Kapitanie