Prawdziwy motocyklista - relikt przeszłości.
: piątek, 2 sierpnia 2013, 12:44
Swoją motocyklową pasję, z racji ustabilizowania się sytuacji rodzinnej i zawodowej oraz większych możliwości finansowych (jak wiadomo hobby to jest "umiarkowanie" destrukcyjne dla domowego budżetu), mogłem odnowić po 20 latach przerwy dopiero na początku 3-go tysiąclecia. Jeżdżąc wtedy z bratem po naszych pięknych Roztoczańskich drogach z rzadka spotykaliśmy innych motocyklistów. Zdarzenie takie zawsze zaczynało się od "lewej w górze" a kończyło zatrzymaniem, pogawędką, wspólną fotką i wymianą namiarów kontaktowych.
Z czasem liczba posiadaczy motocykli, między innymi z racji większej ich dostępności i malejących cen, zaczęła powoli rosnąć. Rosła też liczba klubów motocyklowych, a następnie głównie dzięki nim zasięg "subkultury" motocyklowego światka, nawiązującej przede wszystkim do tradycji amerykańskiego ruchu motocyklowego.
Niestety wraz ze wzrostem ilości, jak to zwykle bywa, spadła jakość. Do środowiska trafili ludzie przypadkowi.
Zamiast pasjonatów - szpanerzy.
Zamiast autorytetów - frustraci.
Zamiast dobrych kierowców - posiadacze prawa jazdy, którym nadmiar hormonów blokuje procesy myślowe.
Namiastka wolności, przynależności do wyjątkowej w dzisiejszych czasach grupy przyjaznych ludzi z różnych środowisk połączonych wspólną pasją, którą dawał motocykl w zasadzie obecnie jest w zaniku.
Pozostały puste gesty i słowa o szacunku, godności i honorze, którymi szermują osobnicy nie znający ich znaczenia. Coraz rzadziej motocyklista zatrzymuje się by bezinteresownie pomóc innemu motocykliście, rosną podziały w środowisku, kluby rozgrywając jakieś swoje interesy walczą (dosłownie) ze sobą o wpływy, atakują się nawzajem. Zamiast jednoczyć środowisko - dzielą je podsycając wzajemną wrogość i niezrozumiałe konflikty. Zamiast czerpać przyjemność ze wspólnej jazdy zajmują się rzemiosłem krawieckim (bo czymże jest obszywanie barw "słusznych" i odpruwanie innym barw "niesłusznych").
Upadek więzi, zasad i dobrych obyczajów w środowisku motocyklowym skłania mnie do refleksji na temat jego przyszłości.
Czy posiadanie motocykla ma znaczyć to samo co posiadanie innego pojazdu? Czy motocykl ma być wkrótce, podobnie jak skuter, quad czy auto, zwykłym środkiem lokomocji lub co najwyżej sposobem na spędzenie wolnego czasu?
Nie popieram dorabiania przesadnej ideologii do ruchu motocyklowego. Co najmniej niepoważne jest dla mnie stosowanie w obecnych czasach reguł wymyślonych po wielkich wojnach światowych, kiedy to motocykliści - zdemobilizowani weterani wojenni tworzyli podwaliny swego ruchu.
Nie te czasy, nie te warunki i przede wszystkim Szanowni Panowie, którzy w większości nie macie pojęcia jak to jest być żołnierzem - nie ci ludzie, którzy: "nie ściągając nawet kurtek lotniczych, wsiedli na Harley'e i używali ich tak, jak na wojnie, gdzie obowiązywały prawa walki..."
Brakuje mi jednak tego, co było na początku mojej historii motocyklowej. Tego co przekazywaliśmy sobie nawzajem budując od podstaw nowy byt w polskim świecie motocyklowym.
By "lewa w górze" była autentycznym pozdrowieniem, życzeniem bezpiecznej drogi, deklaracją pomocy w potrzebie ...
Jestem przekonany, że zmiany jakie zachodzą nie są dobre. Pytanie czy są konieczne?
Z czasem liczba posiadaczy motocykli, między innymi z racji większej ich dostępności i malejących cen, zaczęła powoli rosnąć. Rosła też liczba klubów motocyklowych, a następnie głównie dzięki nim zasięg "subkultury" motocyklowego światka, nawiązującej przede wszystkim do tradycji amerykańskiego ruchu motocyklowego.
Niestety wraz ze wzrostem ilości, jak to zwykle bywa, spadła jakość. Do środowiska trafili ludzie przypadkowi.
Zamiast pasjonatów - szpanerzy.
Zamiast autorytetów - frustraci.
Zamiast dobrych kierowców - posiadacze prawa jazdy, którym nadmiar hormonów blokuje procesy myślowe.
Namiastka wolności, przynależności do wyjątkowej w dzisiejszych czasach grupy przyjaznych ludzi z różnych środowisk połączonych wspólną pasją, którą dawał motocykl w zasadzie obecnie jest w zaniku.
Pozostały puste gesty i słowa o szacunku, godności i honorze, którymi szermują osobnicy nie znający ich znaczenia. Coraz rzadziej motocyklista zatrzymuje się by bezinteresownie pomóc innemu motocykliście, rosną podziały w środowisku, kluby rozgrywając jakieś swoje interesy walczą (dosłownie) ze sobą o wpływy, atakują się nawzajem. Zamiast jednoczyć środowisko - dzielą je podsycając wzajemną wrogość i niezrozumiałe konflikty. Zamiast czerpać przyjemność ze wspólnej jazdy zajmują się rzemiosłem krawieckim (bo czymże jest obszywanie barw "słusznych" i odpruwanie innym barw "niesłusznych").
Upadek więzi, zasad i dobrych obyczajów w środowisku motocyklowym skłania mnie do refleksji na temat jego przyszłości.
Czy posiadanie motocykla ma znaczyć to samo co posiadanie innego pojazdu? Czy motocykl ma być wkrótce, podobnie jak skuter, quad czy auto, zwykłym środkiem lokomocji lub co najwyżej sposobem na spędzenie wolnego czasu?
Nie popieram dorabiania przesadnej ideologii do ruchu motocyklowego. Co najmniej niepoważne jest dla mnie stosowanie w obecnych czasach reguł wymyślonych po wielkich wojnach światowych, kiedy to motocykliści - zdemobilizowani weterani wojenni tworzyli podwaliny swego ruchu.
Nie te czasy, nie te warunki i przede wszystkim Szanowni Panowie, którzy w większości nie macie pojęcia jak to jest być żołnierzem - nie ci ludzie, którzy: "nie ściągając nawet kurtek lotniczych, wsiedli na Harley'e i używali ich tak, jak na wojnie, gdzie obowiązywały prawa walki..."
Brakuje mi jednak tego, co było na początku mojej historii motocyklowej. Tego co przekazywaliśmy sobie nawzajem budując od podstaw nowy byt w polskim świecie motocyklowym.
By "lewa w górze" była autentycznym pozdrowieniem, życzeniem bezpiecznej drogi, deklaracją pomocy w potrzebie ...
Jestem przekonany, że zmiany jakie zachodzą nie są dobre. Pytanie czy są konieczne?
