I po zlocie... Dla tych, co nie byli, parę słów o imprezie: Pojechałem w piątek po południu. Po drodze umówiony byłem z Kubą i Bodziem, tak więc od Sieniawy jechaliśmy we trzech. Szybko, sprawnie, ale pogoda zaczęła się wyraźnie psuć i sporą część trasy przejechaliśmy w delikatnej mżawce. Nie najlepszym pomysłem było zdawać się na nawigację, bo choć zaoszczędziliśmy parę kilometrów, to jechaliśmy bardzo kiepskimi drogami. W Krasnymstawie szybkie zakupy i jesteśmy na bramie. Jako że nie zbieram blach, to wynegocjowałem wjazd jako (swój własny) plecak, czyli za 25 zeta

Piątkowy wieczór upłynął nam głównie pod znakiem powitań, bo oprócz znajomych, których już zastałem w Krasnymstawie, dojeżdżali ciągle "nasi" (Przemyśl i Lubaczów) - w sumie 8 motocykli i dwa auta "wsparcia", czyli kilkanaście osób. Motocykle można było postawić na parku maszyn, albo wjechać na pole namiotowe, co też zrobiliśmy. Nie zdarzyło się, żeby ktoś w nocy na bani usiłował jeździć, albo katował silnik do odcinki. Wieczorem ognisko, koncerty na dużej scenie i na małej, czyli tradycyjnie już chyba w Krasnymstawie na pace żuka. Trzeba przyznać, że organizatorzy zabezpieczyli opał, nie trzeba było nic samemu kombinować, ani chodzić, prosić o parę szczapek. Przygotowane tez były miejsca do siedzenia itd.
Drugiego dnia już od rana było bardzo wesoło, bo byliśmy już w komplecie i cieszyliśmy się ze spotkania. Być może dla sąsiadów byliśmy nieco zbyt hałaśliwi, a nasze żarty czasem nie na miejscu, ale znamy się długo i wiemy na co wobec siebie możemy sobie pozwolić. Za radą Bodzia kupiliśmy sobie z Pawłem snickersy, żeby nie gwiazdorzyć i było ok. Za to Agatka zyskała ksywę Predator i chyba nie będziemy jej już zmieniać. Dojechało trochę osób, parę ciekawych motocykli, ale nie było nas dużo. Poza tym na zlocie było dla każdego coś dobrego. Kto nie lubi słońca, miał deszcz, a kto nie przepada za deszczem. miał słońce, palmy, piasek i wodę

Po południu tradycyjnie już konkursy, na których chyba wszyscy się świetnie bawili, wieczorem koncert na dużej scenie i kapela góralska na żuku. Potem zresztą górale zeszli ze "sceny" siedli z nami przy ognisku i dalej muzykowali. Jeszcze długie, nocne Polaków rozmowy i po północy chyba był striptiz. Piszę "chyba", bo zawsze mam takiego pecha, że stanie przede mną jakiś dryblas i widzę co najwyżej głowę tancerki

W niedzielę rano mżawka, duże zachmurzenie i chłód. Oczywiście nie popsuła nam to humorów, bo niby dlaczego? Powolne pakowanie i powrót do domów.
Na koniec jedno mało zauważalne zdarzenie i moja refleksja na ten temat. Otóż gdzieś koło południa już w sobotę poznałem przed bramą pewnego kolegę. Oglądaliśmy jego motocykl i chciałem mu pokazać swojego MT. Okazało się jednak, że kolega przyjechał tylko na chwilę i nie płacił wjazdu. Powiedziałem na bramie, że wchodzimy tylko na góra 10 minut obejrzeć MT, i ręczę słowem, że po tym czasie kolega wyjdzie. Organizatorzy się zgodzili, ja po kilku minutach odprowadziłem kolegę, pożegnaliśmy się na bramie. Dlaczego o tym piszę? Bo w dawnych czasach wiele spraw załatwiało się na słowo. Jeśli ktoś nie dotrzymywał słowa, tracił honor i szacunek (to takie mało cenione dziś wartości). Dziś, gdy w koło tyle cwaniactwa, nie załatwia się nic "na słowo". Jeśli już, to w gronie przyjaciół i znajomych. Organizatorzy mnie nie znali, bo i skąd? A jednak przyjęli moje "słowo" (choć nie zdziwiłbym się, gdyby mi odmówili). Myślę, że dziś przyjęcie czegoś "na słowo" (zwłaszcza od kogoś nieznajomego), to nie tylko wyraz zaufania, ale i szacunku.