Lesko 2015 (relacja dla tych, co nie byli)
Punkt 15.00, piątek, byłem na bramie. Wjazd 5 dych. W tym blacha, pole namiotowe, wejście na koncerty, kiełbaska z grilla, dwa piwa i filet drobiowy (też z grilla). Jeśli komuś za drogo, proszę bardzo: za dwie dychy wjazd, pole namiotowe, strzeżony park maszyn i wejście na koncerty. Wziąłem „full wypas”. Blachę szybko opchnąłem za dychę, a jeść i tak coś trzeba. Upał jest, to i dwa piwa się przydadzą. Na polu namiotowym jeszcze pusto. Przed rozbiciem namiotu, nie odstępując od motocykla obowiązkowo trzeba wypić piwo (koniecznie z puszki). Taka już tradycja, a raczej dobra praktyka – po wypiciu zgniatamy puszkę i wkładamy pod stopkę. Teraz można bezpiecznie odejść nawet na kilka metrów, robić to, co zrobić trzeba i należy: witać sąsiadów, znajomych, rozbijać namiot, rozkładać rzeczy… Z każdą chwilą dojeżdża coraz więcej maszyn. Jest Jano, są „bajkerzy” z Ukrainy, Przyjeżdża Basia, Edycja z Agatką, jest coraz lepiej. W pewnej chwili widzę, że koło mojego namiotu jakiś wróbelek zaczyna wić gniazdo. Chciałem przegonić toto. Zamachnąłem się już zwiniętą karimatą, patrzę, a to Agnieszka Cobra Sparrow rozbija namiot Potem jeszcze Blenders z Kasią i wiele, wiele innych osób. Na placu „w centrum” co chwilę spotykam kogoś nowego. Nie raz i nie dwa słyszę pytanie: „Z kim przyjechałeś? Sam jesteś?” No przyjechałem sam, ale sam nie jestem. Zobacz, ile ludzi w koło . Patrzę po blachach nadjeżdżających motocykli - nie tylko Podkarpacie. Wiele blach „z Polski”. Najdalej miał chyba kolega ze Świnoujścia. W Lesku trzeci raz z rzędu. Na parku maszyn widzę też Bandita 650 LZ (Zamość). Może ktoś znajomy?, z KBM? Okazało się, że już nie z KBM, ale znajomy/a. Wioletta M. Spotykaliśmy się wiele razy, ale nigdy nie było okazji, żeby spędzić razem więcej czasu, pogadać, poznać się lepiej. Zlot w Lesku dał nam ku temu sposobność. Wieczorem koncerty, pogaduchy przy motocyklach (które można trzymać przy namiotach). Blendersy zamierzają się pobrać, więc ich przepytaliśmy na okoliczności różne. Powiem krótko, że bardzo różnili się „w zeznaniach”
Dzień drugi, to słoneczny poranek, śniadanie, kawa i przygotowania do parady. Nie jechałem na paradę, ale na leski rynek (przez amfiteatr) potuptałem. Warto było – znowu zamojski akcent – pokaz stuntu. Nie opiszę Wam, co chłopaki robili ze swoimi maszynami, to trzeba było zobaczyć. Ręce same się składały do braw. Podejrzewam, że nawet ja bym tak nie potrafił
Przed północą dochodzę do wniosku, że czas iść spać. Wszak za kilka godzin powrót. Usypia mnie fajna muzyka gdzieś z najbliższej sceny i nocne łutututu katowanych motocykli.
Poranek, to już toaleta, śniadanie, kawka, pożegnania, składanie namiotu, pakowanie się. Około godziny 10 widzę, że panowie policjanci życzliwie badają trzeźwość (bardzo dobra, godna naśladowania praktyka). Mam „zielone światło”. Mimo to i tak wyruszamy po 12 – taka tradycja Trzy motocykle: Ja, Edycja z Agatką i Bartek. W Orłach się rozstajemy. Za parę dni spotkamy się na kolejnym zlocie.
Ogólnie zlot bardzo udany – jak dla mnie. Fajni ludzie, super atmosfera. Jeśli idzie o tradycję, to jedna została złamana, inna nie. Novum, to to, że nie padało. Ani kropla nie spadła. To, co niezmienne, to fakt, że warunki sanitarne tradycyjnie były kiepskie. Nawet jeśli włodarze miasta coś tam poprawili w samym amfiteatrze, to „stacjonarne” prysznice, umywalki, krany, kibelki pozostają reliktem z czasów wczesnego Gierka i przypominają skansen.
Zlot w Lesku, to spory zlot. Teren rozległy. W różnych miejscach w tym samym czasie dzieją się różne rzeczy. Opisałem tylko to, co sam widziałem i czego doświadczyłem. O tym czego nie widziałem, a tylko słyszałem nie warto pisać, bo to już relacja z trzeciej ręki. No to jeszcze na koniec „kwiatek”, czyli sytuacja, która mnie rozbawiła niemal do łez. Stoimy sobie wieczorkiem ja, Edycja i kolega z jednego z klubów. Rozmawiamy o różnych takich sprawach. Podchodzi do nas jakiś kolega z innego klubu, rozpoznaje kamizelkę, podchodzi bliżej, chwyta naszego rozmówcę za połę kamizelki (staliśmy w cieniu), przysuwa do nosa, czyta, w końcu wita się naszym kolegą i odchodzi. Ewidentnie nie znał człowieka, z którym się witał, ale przeczytał nazwę klubu. Jak dla mnie, przywitał się z kamizelką