Chcecie wiedzieć, jak było? Na pewno?Jak nie, to nie czytajcie
Lubię zloty u Piratów. Także te kameralne. Jakość zabawy nie zależy od tego, jak wiele jest osób, a od tego, czy są to osoby właściwe. No i rozwala mnie, jak Piraci robią nocny obchód obozowiska, do każdego zagadują, pytają jak się bawi, czy czegoś nie brakuje. Jeżdżę na wiele zlotów, ale nikt się tak nie interesuje tym, czy zlotowicze się dobrze bawią. Ale zacznijmy od początku. Przyjechałem w piątek ok. 17 i miłe zaskoczenie na bramie – wjazd z blachą tylko dwie dychy. Nawet nie negocjowałem wjazdu bez blachy (taniej), bo chyba byłoby mi głupio. Myślę, że z uwagi na frekwencję (dosyć niską) organizatorzy na zlocie nie zarobili, a kto wie, czy do tego interesu nie dołożyli. A może im wcale nie chodziło o zarobek, tylko o dobrą zabawę, spotkanie? Kto to wie?
Na miejscu był już Jano z Lucyną, przyjechał Artur z Humnisk. Spotykałem też znajomych z wielu zlotów i choć znamy się właściwie tylko z widzenia, to witamy się już jak starzy kumple. Niezwykle szybko minął piątek. Nazajutrz dojechało trochę ludzi: Mysza, Kociątko, Paolo. Qtin, Bodzio, Viola… a nawet Czoko z Agnieszką i moją najmłodszą dziewczyną Darią. Przed południem, gdy ruszała parada, okazało się, że w jakiejś wypasionej beemce padł aku. Pchaliśmy chyba w pięciu, ale nie udało się pokonać kompresji boksera. Jak ktoś ma problem, coś się komuś zepsuje, niezawodnie można liczyć na Artura z Humnisk (może znacie). To gość, który ma serce na dłoni. Gdyby trzeba było rozkręcać w beemce silnik, Artur pierwszy przybiegłby z kluczami. Tu nie trzeba było rozkręcać silnika. Artur kopnął swojego dniepra i za chwilę podjechał z kablami. Kompresja nie miała szans.
Sobota nie była już tak upalna, a przed wieczorem nawet mżyło przez chwilę. Zasiedliśmy wygodnie w bagażowej części Pawła laguny (9 osób się mieści) i bawiliśmy się dalej. Mnóstwo śmiechu, żartów, teksty, które przechodzą do historii. Wspomnienia, opowieści, plany. Ustawiliśmy jeszcze „myszowóz” (też kombi) bagażnikiem do laguny, klapy bagażników w górze, nowa przestrzeń do zagospodarowania – super było. Wtedy też (po alkoholu oczywiście) wpadłem na pomysł, jak zabawić się kosztem kolegi Leder Majstra (tutaj zalogowany jako jfkap). Przedstawiłem plan, wszyscy go zaakceptowali. Zabawa polegała na tym, że mniej więcej co 20 minut przechadzałem się obok jego stoiska (wyroby skórzane) w czułych objęciach dziewczyny – za każdym razem innej oczywiście. Żona Janka nie dała po sobie nic poznać, ale miny Janka były nie do opisania. Po prostu bezcenne. (Na koniec przeszedłem się jeszcze z Pawłem pod rękę, ale to już nie wyszło, bo Pawełek nie był w stanie ukryć obrzydzenia i odrazy). Dziękujemy Ci Janku, dostarczyłeś nam wszystkim mnóstwo radości. Już w nocy Artur przytargał skądś dwie kłody, trochę gałązek i mieliśmy „nielegalne” ognisko. Siedzieliśmy długo. Na koniec zostałem sam. Dumałem sobie przy dogasającym ogniu tak długo, aż o świcie organizatorzy zaczęli sprzątać i zabrali mi ławeczkę. Niedzielny poranek, to pogaduchy, wylegiwanie się w słońcu i w końcu pożegnania. Za tydzień pojedziemy w różne miejsca, ale jeszcze się spotkamy.