Bieszczady 10-11.07.2010
: niedziela, 18 lipca 2010, 19:23
Ponieważ nasz misterny bieszczadzki plan z poprzedniego tygodnia pokrzyżowała pogoda, z czystego uporu zrodził się pomysł jego dokończenia. Na rzucone w temacie hasło "Co robimy Panie Kapitanie?" mogła paść tylko jedna odpowiedź! W sobotni poranek, o nieludzko wczesnej godzinie ekipa z Zamościa, co prawda nieliczna ale zgrana, była już na miejscu zbiórki w Tomaszowie Lub.
Wkrótce dołączyli pozostali:
Szkoda było czasu i pięknej pogody, więc ruszyliśmy ostro, ale już w Jarosławiu trzeba było jednak zrobić przerwę - brak śniadania i upał były silniejsze.
Prezes odłączył się od grupy by świętować 600 rocznicę uzyskania świadectwa dojrzałości
czy też bitwy pod Grunwaldem
nie pamiętam, ale przecież chyba były to wydarzenia zbliżone w czasie
Posileni i pełni zapału postanowiliśmy trochę zboczyć z utartej trasy i po dojechaniu do Przemyśla skręciliśmy by odwiedzić Kalwarię Pacławską. Po zwiedzeniu pięknego klasztoru ruszyliśmy, już mocno krętymi, podgórskimi drogami do Arłamowa. Piękny zajazd na wzgórzu dał nam możliwość odpoczynku, spożycia obiadu i pofolgowania własnym słabościom. Niektórzy w tym przepięknym zakątku popadli w melancholię... lecz wyrwani z zadumy naszym tradycyjnym zawołaniem "Co robimy ...?" przytomnie odpowiadali: "Nap ...my!" i tak dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, gdzie odwiedziliśmy znajomego właściciela pensjonatu ... Na pobliskim polu Łukasz eksplorował jakiś dziwny pojazd, który o mało nie został uruchomiony
Po porażce na niwie mechaniki pojazdowej Łukasz postanowił sprawdzić się jako wędkarz "wąskorzeczny"
Ryby nie brały, więc pomimo upału ruszyliśmy do Ustrzyk Górnych gdzie w myśl zasady, że w Bieszczadach nie można omijać 3 rzeczy: stacji paliw, bankomatu i kibelka, zatankowaliśmy i po chwili byliśmy już u celu, w Wołosatym. NIektórzy byli mocno odwodnieni ...
Jednak i tak ciężkie medycznie przypadki ciepło kobiecego ciała przywraca do życia
Szybki prysznic, zmiana ciuchów na "cywilne" i już rozpoczynamy przygotowania do wieczerzy...
W przygotowaniach brali aktywny udział nawet najmłodsi członkowie naszej ekipy ...
Przygotowywanie instrumentów wymagało skupienia ...
oraz pewnych środków wspomagających, które chojnie podawała pewna Samarytanka.
Rozpaliliśmy ognisko...
i rozłożyliśmy wiktuały oraz trunki. I wtedy po raz kolejny sprawdził się cudowny dar naszego przywódcy, chyba przy wódce
Pojawił się jak dżin - natychmiast po odkręceniu nakrętki ...
No i zaczęła się zabawa ...
Dołączyli jacyś inni przedstawiciele naszego gatunku ...
W tym miejscu, prawdopodobnie z powodu podeszłego wieku, pamięć mnie już zawodzi
Poranek dnia następnego był dość trudny ... Niektórzy niestety nie sprostali naszym wysokim normom moralnym i nie spali sami ... Święty z małżonką musieli wracać do Zamościa. Ci z nas z rozwiniętym instynktem samozachowawczym odpoczywali przed dalszym etapem podróży. Inna grupa, pozbawiona tej bezcennej, gatunkowej cechy wyruszyła na Tarnicę. Wkrótce okazało się, że ciało nie chce podążać za duchem. I wtedy rodzą się najprostsze marzenia, na przykład o szklance zimnego napoju ... lub jakimś środku lokomocji ... Wytrwałość została nagrodzona - Tarnicę zdobyto ... Wczesnym popołudniem obozowisko w Wołosatem zostało zwinięte, kierowcy stalowych rumaków odzyskali kontakt z rzeczywistością i mogliśmy ruszyć do Wetliny na słynny placek z jagodami lub kwaśnicę ... co kto woli. NIe znająca litości, a znana nam osobiście amazonka publicznie, w naszej obecności piła zimne piwo
Po posiłku i odpoczynku w Wetlinie ruszyliśmy do Cisnej. Tam tankowanie i chwila wytchnienia od upału na stacji paliw.
Z Cisnej przez Baligród, Lesko, Załuż i Birczę dotarliśmy do Krasiczyna. Tam odpoczynek - cztery litery już mocno dawały się nam we znaki, lekki posiłek i pyszne lody.
Było już późne popołudnie.
Szybko przejechaliśmy przez Przemyśl i Jarosław, krótko odpoczywając na leśnym parkingu w okolicach Cieszanowa by wreszcie, zmęczeni ale zadowoleni, pożegnać się na parkingu restauracji "U Antka" pod Tomaszowem Lub.
Cel został osiągnięty, placek z jagodami zjedzony, stan licznika przebiegu powiększył się o kolejne kilkaset kilometrów a piękne chwile w Bieszczadach stały się kolejnym, miłym wspomnieniem. Oby takich wspomnień było jak najwięcej.
Prezes odłączył się od grupy by świętować 600 rocznicę uzyskania świadectwa dojrzałości
Posileni i pełni zapału postanowiliśmy trochę zboczyć z utartej trasy i po dojechaniu do Przemyśla skręciliśmy by odwiedzić Kalwarię Pacławską. Po zwiedzeniu pięknego klasztoru ruszyliśmy, już mocno krętymi, podgórskimi drogami do Arłamowa. Piękny zajazd na wzgórzu dał nam możliwość odpoczynku, spożycia obiadu i pofolgowania własnym słabościom. Niektórzy w tym przepięknym zakątku popadli w melancholię... lecz wyrwani z zadumy naszym tradycyjnym zawołaniem "Co robimy ...?" przytomnie odpowiadali: "Nap ...my!" i tak dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, gdzie odwiedziliśmy znajomego właściciela pensjonatu ... Na pobliskim polu Łukasz eksplorował jakiś dziwny pojazd, który o mało nie został uruchomiony
Poranek dnia następnego był dość trudny ... Niektórzy niestety nie sprostali naszym wysokim normom moralnym i nie spali sami ... Święty z małżonką musieli wracać do Zamościa. Ci z nas z rozwiniętym instynktem samozachowawczym odpoczywali przed dalszym etapem podróży. Inna grupa, pozbawiona tej bezcennej, gatunkowej cechy wyruszyła na Tarnicę. Wkrótce okazało się, że ciało nie chce podążać za duchem. I wtedy rodzą się najprostsze marzenia, na przykład o szklance zimnego napoju ... lub jakimś środku lokomocji ... Wytrwałość została nagrodzona - Tarnicę zdobyto ... Wczesnym popołudniem obozowisko w Wołosatem zostało zwinięte, kierowcy stalowych rumaków odzyskali kontakt z rzeczywistością i mogliśmy ruszyć do Wetliny na słynny placek z jagodami lub kwaśnicę ... co kto woli. NIe znająca litości, a znana nam osobiście amazonka publicznie, w naszej obecności piła zimne piwo