Otóż:
W ostatni weekend wpadłem do komisu na Połczynskiej w wawie - prosił mnie o to Wally, upatrzył tam sobie pewnego deauville'a, a ja przy okazji chciałem rozejrzeć się za tanim ciuchem. Tak więc wziąłem aparat i poleciałem. Znalazłem moto, w prawdzie nie ten egzemplarz o którym pisał Waldek, ale równie atrakcyjny. Zrobiłem kilka fotek różnych newralgicznych elementów motocykla i kiedy tylko podniosłem się z gleby zauważylem, że jestem otoczony przez grupkę gapiów.
Widocznie uznali, że skoro ktoś błyska lampą to trzeba się przyjrzeć maszynie, pewnie to coś wartego uwagi. Instynkt stadny.
Pewna para młodych ludzi intensywniej niż pozostali przeszkadzała mi w robocie. On przysiadał na maszynę, kołysał nią, kucał, cmokał; ona obchodziła dewilkę dookoła, krzywiła się, kopała w oponę.
"Kurczę, zaraz ją podkupią" - zażartowałem sobie w myślach, ale przełknąłem ślinę i cykałem dalej.
- Fajna, taki turystyk trochę - koleś wiedział o co chodzi.
- No, fajna. Trochę wyższa od tamtego - podpowiedziała ona.
Rozejrzałem się dookoła, obok stała druga dewilka, transalp, tenerka i inne turystycznopodobne, ale nie skumałem o jakim "tamtym" mówi dziewczyna.
- Dużo wyższa, ma bardziej miękkie zawieszenie i będzie się wygodniej jeździć - koleś naprawdę czaił bazę.
Odeszli na kilka metrów. Skupilem się na dokumentowaniu podejrzanych rys na baku, kiedy usłyszałem jak on mówi do niej:
- No to jak: chcesz jeździć turystycznie i daleko, czy na takie krótsze przejażdżki? - pytał. Nie usłyszałem jak daleko chce jeździć ona, ale zorientowałem się, że sprawa jest poważniejsza: ona też miała tu coś do powiedzenia. Podeszli do dewila i on zawyrokował:
- Bierzemy tego.
Opadły mi ręce. Kwadrans sesji zdjęciowej psu na buty. I co ja powiem Wallyemu?
- Okay, może być ten, dobrze że się w końcu zdecydowaliśmy - skwitowała ona.
"Ech... mówi się trudno. Gdzie te tanie ciuchy?" - zacząłem się rozglądać za wieszakami z tekstyliami.
Para odeszła od swojego przyszłego nabytku, ja spakowałem sprzęt fotograficzny, rzuciłem jeszcze okiem po magazynie wypełnionym zaskakująco dużą liczbą (jak na tę pogodę i porę roku) potencjalnych kupców snujących się slalomem między rzędami importowanych maszyn, przywróconych w tutejszym warsztacie do normalnego wyglądu po różnych ..."przygodach".
On i ona minęli mnie jeszcze, gdy odkładałem na półkę świetnie wyglądające rękawice. Szkoda, że wszystkie tam sprzedawane mają rozmiary XXXXXL. Nie mówiąc o tym, że nie mają pary. Za "moją" parą stąpał sprzedawca z dokumentami. Znaczy się - formalności w drodze.
Już miałem wychodzić z komisu, ale zatrzymało mnie kichnięcie uruchamianego silnika maszyny. "Pieniążki poszły. Chyba nie złożę gratulacji" - pomyślałem. Zatrzymałem się jednak, żeby zobaczyć jak dewilka osiodłana przez zwycięzcę w konkurencji "kto pierwszy ten lepszy" opuszcza lokal.
Obok mnie przetoczył się na bajku sprzedawca. Za nim truchtem ona i on.
Pod sprzedawcą CBR 900.
Gdzieś na liczącej kilka metrów drodze między dewilem a biurkiem na zapleczu sklepu, na którym złożono podpis pod umową zapadła decyzja, że zamiast lightowego turystyka będzie supersportowy przecinak, zamiast 60 KM będzie 130 KM, zamiast 5 s do setki, będą 3 s i o 100 km/h wyższa prędkość maksymalna. Decyzja, której skutkiem może być nie tylko zmiana wygody podróżowania, ale przede wszystkim radykalna zmiana w poziomie ryzyka towarzyszącego jeździe zapadła w ciągu kilku minut, jakby dotyczyła koloru, albo dodatkowego wyposażenia.
Jak oceniać racjonalność takiego wyboru i odpowiedzialność podejmujących decyzje w taki sposób? - zastanawiałem się, widząc jak On z wyraźnym wysiłkiem stara się opanować motocykl podskakujący na łączeniach betonowych płyt wyściełających podjazd do komisu.
Najlepsze na koniec: ten motocykl kupiony został dla Niej.